25/10/2026
TO, CO POMIĘDZY… NAMI
Najbardziej intymne miejsca w architekturze nie zawsze znajdują się pod dachem. Tak, jak nie każda wartość, która nadaje rzeczom znaczenie, jest obecna w nich samych. O istocie rozstrzyga dopiero odległość, stając się niewidzialną miarą bliskości. Wzajemne położenie, bezcielesna nić rozpięta pomiędzy tym, co osobne, a tym, co wspólne. Kilka budynków zwróconych ku sobie, fragment nieba ujęty pomiędzy dachami, kamienny dziedziniec, na którym spotykają się ich cienie. Wszystko, co materialne, wyznacza jedynie granice miejsca, którego prawdziwa treść pozostaje nieuchwytna.
Dawne podwórza miały w sobie osobliwą umiejętność skupiania życia. Dom, stodoła, spichlerz, niewielka oficyna czy budynek gospodarczy tworzyły wspólną przestrzeń. Znaczenie jej wykraczało daleko poza skromność pierwotnego przeznaczenia. W niewidzialnym zakątku wzajemności rozgrywała się życia powszedniość, dźwięczna w odgłosie kroków na ciosanym bruku, przeciągłym westchnieniu drewnianych skrzydeł drzwi, rozmowach prowadzonych przez otwarte okna… Pozostawione przedmioty przechowywały w sobie znamienną obietnicę powrotu, tę cichą ufność, z jaką człowiek odkłada rzeczy w miejscach, do których należą.
Podobną ideę odnajdujemy w architekturze różnych epok i kultur. Rzymskie atria, klasztorne wirydarze, dziedzińce dawnych dworów i wiejskie zagrody wyrastały z odmiennych potrzeb.
W architekturze siedlisk szczególnie interesuje mnie subtelna więź pomiędzy uczestnikami życia. Sposób, w jaki ściany tyczą przestrzeń, nie odbierając jej otwartości, a dachy prowadzą spojrzenie ku nieba otwartości. Pozbawiona materialnego kształtu rozłąka pomiędzy budynkami pozwala odczuć zarówno odrębność, jak i przynależność do większej całości. Dziedziniec nie jest jedynie pustym miejscem zakotwionym pośród zabudowań. Ma własne proporcje, światło, kierunki i granice. Zmienia się wraz z porami zamyślonego dnia, przyjmując rano pierwsze uśmiechy słońca, w południe chowając fragment ławeczki opartej w cieniu szerokich okapów. Wieczorem ów obraz tuli na ścianach ostatnie ciepłe światło.
W pozornej sprzeczności kryje się wewnętrzny porządek dawnej architektury. Twórcy, którzy przed nami nadawali wymiar przestrzeni, rozumieli, że poczucie swobody nie zawsze wymaga bezkresu, podobnie jak poczucie bezpieczeństwa nie musi oznaczać zamknięcia.
Myślę, że wiele z tego, czego szukamy w sferze Domu, od dawna próbujemy odnaleźć również w życiu. Szukamy obecności, nie domagającej się nieustannego potwierdzania, podobnej do tkliwości światła. W oknie sąsiedniego budynku, lustrze widocznym z daleka… nawet kiedy nikt nie stoi przy szybie.
Pomiędzy nimi pozostaje miejsce na spotkanie, wspólne przejście, na zatrzymanie się bez szczególnego powodu. Życie przeto, nie zabiega o nieustannie wielkie wydarzenia, aby pozostawiać po sobie ślad. Znacznie częściej zapisuje się w rzeczach drobnych, którym dopiero upływ czasu nadaje właściwe odbicie.
Przyjdzie dzień, w którym nasze miejsca opustoszeją, dzieci dorosną, rozmowy ucichną, a przedmioty pozostawione na podwórzu przestaną należeć do czyichś rąk. Budynki pozostaną jednak na swoich miejscach, zwrócone ku sobie tak samo jak przed laty. Pomiędzy nimi nadal będzie przesuwał się światła czar, wiatr duszy poruszy struny drzew, deszcz spłynie po kamiennych licach.
Właśnie dlatego, projektując siedliska, tak wiele uwagi poświęcam temu, co pozostaje pomiędzy budynkami. Pustej przestrzeni, która w rzeczywistości nigdy nie jest pusta. Odległościom, które potrafią łączyć. Granicom, dzięki którym możemy poczuć, że nie jesteśmy już tylko gośćmi w rzeczywistości.
Z wiekiem przekonuję się, że nie wszystko, co nas łączy, potrzebuje bliskości, podobnie jak nie wszystko, co nas dzieli, musi oznaczać oddalenie.
Najtrwalsze bywają bowiem te niewidzialne przestrzenie, które pozostawiamy sobie nawzajem. Takie, w których można swobodnie oddychać, a mimo upływu lat wciąż odnajdywać drogę do drugiego człowieka.
Tak powstaje osobliwy rodzaj wnętrza, którego nie sposób zamknąć drzwiami. Warto zachować z dawnej architektury to, co przez stulecia pozostawało jej największą siłą: umiejętność tworzenia miejsc, a nie wyłącznie budynków.
W architekturze przywykliśmy nadawać znaczenie temu, co zostało zbudowane. Tymczasem największa wartość nie zawsze kryje się w którymś z budynków. Niekiedy znajduje się dokładnie tam, gdzie żaden z nich nie stanął.
Zapraszam do wędrówki po dziedzińcach naszych projektów z ostatnich miesięcy.