Archideo - Pracownia Architektoniczna

Zadzwoń Wskazówki dojazdu Strona internetowa Kontakt: firmę

Archideo - Pracownia Architektoniczna Archideo jest autorską pracownią architekta Jana Sabiniarza i Karola Sabiniarza.

Mając za sobą wieloletnie doświadczenia przekonaliśmy się, że zajmowanie się twórczością architektoniczną wymaga nie tylko profesjonalizmu w zakresie wiedzy technicznej. Projektowanie architektury, rozumiane także jako kreowanie krajobrazu, wymaga znajomości wielu dziedzin m.in.: z zakresu przyrody, sztuki, ekologii. Staramy się temu sprostać, a dzieje się to w sposób niejako naturalny, bo wynikający z pasji poznawania i tworzenia. Architektura jest efektem działań interdyscyplinarnych, których uwzględnienie decyduje o ostatecznym jej kształcie.

TO, CO POMIĘDZY… NAMINajbardziej intymne miejsca w architekturze nie zawsze znajdują się pod dachem. Tak, jak nie każda ...
25/10/2026

TO, CO POMIĘDZY… NAMI

Najbardziej intymne miejsca w architekturze nie zawsze znajdują się pod dachem. Tak, jak nie każda wartość, która nadaje rzeczom znaczenie, jest obecna w nich samych. O istocie rozstrzyga dopiero odległość, stając się niewidzialną miarą bliskości. Wzajemne położenie, bezcielesna nić rozpięta pomiędzy tym, co osobne, a tym, co wspólne. Kilka budynków zwróconych ku sobie, fragment nieba ujęty pomiędzy dachami, kamienny dziedziniec, na którym spotykają się ich cienie. Wszystko, co materialne, wyznacza jedynie granice miejsca, którego prawdziwa treść pozostaje nieuchwytna.

Dawne podwórza miały w sobie osobliwą umiejętność skupiania życia. Dom, stodoła, spichlerz, niewielka oficyna czy budynek gospodarczy tworzyły wspólną przestrzeń. Znaczenie jej wykraczało daleko poza skromność pierwotnego przeznaczenia. W niewidzialnym zakątku wzajemności rozgrywała się życia powszedniość, dźwięczna w odgłosie kroków na ciosanym bruku, przeciągłym westchnieniu drewnianych skrzydeł drzwi, rozmowach prowadzonych przez otwarte okna… Pozostawione przedmioty przechowywały w sobie znamienną obietnicę powrotu, tę cichą ufność, z jaką człowiek odkłada rzeczy w miejscach, do których należą.

Podobną ideę odnajdujemy w architekturze różnych epok i kultur. Rzymskie atria, klasztorne wirydarze, dziedzińce dawnych dworów i wiejskie zagrody wyrastały z odmiennych potrzeb.

W architekturze siedlisk szczególnie interesuje mnie subtelna więź pomiędzy uczestnikami życia. Sposób, w jaki ściany tyczą przestrzeń, nie odbierając jej otwartości, a dachy prowadzą spojrzenie ku nieba otwartości. Pozbawiona materialnego kształtu rozłąka pomiędzy budynkami pozwala odczuć zarówno odrębność, jak i przynależność do większej całości. Dziedziniec nie jest jedynie pustym miejscem zakotwionym pośród zabudowań. Ma własne proporcje, światło, kierunki i granice. Zmienia się wraz z porami zamyślonego dnia, przyjmując rano pierwsze uśmiechy słońca, w południe chowając fragment ławeczki opartej w cieniu szerokich okapów. Wieczorem ów obraz tuli na ścianach ostatnie ciepłe światło.

W pozornej sprzeczności kryje się wewnętrzny porządek dawnej architektury. Twórcy, którzy przed nami nadawali wymiar przestrzeni, rozumieli, że poczucie swobody nie zawsze wymaga bezkresu, podobnie jak poczucie bezpieczeństwa nie musi oznaczać zamknięcia.

Myślę, że wiele z tego, czego szukamy w sferze Domu, od dawna próbujemy odnaleźć również w życiu. Szukamy obecności, nie domagającej się nieustannego potwierdzania, podobnej do tkliwości światła. W oknie sąsiedniego budynku, lustrze widocznym z daleka… nawet kiedy nikt nie stoi przy szybie.
Pomiędzy nimi pozostaje miejsce na spotkanie, wspólne przejście, na zatrzymanie się bez szczególnego powodu. Życie przeto, nie zabiega o nieustannie wielkie wydarzenia, aby pozostawiać po sobie ślad. Znacznie częściej zapisuje się w rzeczach drobnych, którym dopiero upływ czasu nadaje właściwe odbicie.

Przyjdzie dzień, w którym nasze miejsca opustoszeją, dzieci dorosną, rozmowy ucichną, a przedmioty pozostawione na podwórzu przestaną należeć do czyichś rąk. Budynki pozostaną jednak na swoich miejscach, zwrócone ku sobie tak samo jak przed laty. Pomiędzy nimi nadal będzie przesuwał się światła czar, wiatr duszy poruszy struny drzew, deszcz spłynie po kamiennych licach.

Właśnie dlatego, projektując siedliska, tak wiele uwagi poświęcam temu, co pozostaje pomiędzy budynkami. Pustej przestrzeni, która w rzeczywistości nigdy nie jest pusta. Odległościom, które potrafią łączyć. Granicom, dzięki którym możemy poczuć, że nie jesteśmy już tylko gośćmi w rzeczywistości.
Z wiekiem przekonuję się, że nie wszystko, co nas łączy, potrzebuje bliskości, podobnie jak nie wszystko, co nas dzieli, musi oznaczać oddalenie.
Najtrwalsze bywają bowiem te niewidzialne przestrzenie, które pozostawiamy sobie nawzajem. Takie, w których można swobodnie oddychać, a mimo upływu lat wciąż odnajdywać drogę do drugiego człowieka.

Tak powstaje osobliwy rodzaj wnętrza, którego nie sposób zamknąć drzwiami. Warto zachować z dawnej architektury to, co przez stulecia pozostawało jej największą siłą: umiejętność tworzenia miejsc, a nie wyłącznie budynków.

W architekturze przywykliśmy nadawać znaczenie temu, co zostało zbudowane. Tymczasem największa wartość nie zawsze kryje się w którymś z budynków. Niekiedy znajduje się dokładnie tam, gdzie żaden z nich nie stanął.

Zapraszam do wędrówki po dziedzińcach naszych projektów z ostatnich miesięcy.

SZTUKA NICNIEROBIENIAŻycie ma swoją osobliwą muzykę, lecz tak bardzo zajęliśmy się wybijaniem rytmu, że przestaliśmy sły...
11/10/2026

SZTUKA NICNIEROBIENIA

Życie ma swoją osobliwą muzykę, lecz tak bardzo zajęliśmy się wybijaniem rytmu, że przestaliśmy słyszeć ciszę pomiędzy dźwiękami.
Gdzieś u zbiegu tego, co jeszcze musimy, a tym, czego już nie zdążyliśmy, zgubiliśmy cichą przyjemność bycia przez chwilę zupełnie niepotrzebnym światu.

Odpoczynek jest jednym z tych pięknych, matczynych słów, którym z czasem odebraliśmy ich najgłębszy sens. Obrósł on powinnościami, planami i oczekiwaniami. Niemal zapomnieliśmy, że kiedyś oznaczał również tę nieuchwytną przyjemność siedzenia bez celu. Próbujemy go zaplanować, wpisać pomiędzy jedno zajęcie a drugie, zmierzyć weekendem, rozświetlić urlopem, mnożyć liczbą przespanych godzin. Kiedy siadamy gdzieś „pośród”, z tyłu głowy pojawia się pusta myśl, że dobrze byłoby tę chwilę właściwie wykorzystać. Nauczyliśmy się nawet odpoczywać produktywnie.

Biegamy po horyzont, żeby oczyścić głowę, wyjeżdżamy z marzeniem w dłoni, żeby się zregenerować, śpimy otuleni gęstwiną spraw, żeby jutro mieć więcej energii… Medytujemy, mierzymy chwile, uczymy się prawidłowo rozmawiać z oddechem. Trwamy tak, aby nawet ciszy ukojenie musiało wieczorem przedstawić nam rachunek i udowodnić, że do czegoś się przydaliśmy.

Przez większą część ludzkiej historii odpoczynek nie był osobnym zajęciem. Człowiek siadał przed Domem, miłował dystans, by zbliżyć się i patrzeć na wewnętrzny ogień. Siadaliśmy nie dlatego, by uspokoić żądania, przeto, że ogień palił się bez oczekiwania na cokolwiek. Zostawaliśmy przy stole, choć talerze były już puste… patrzeć, rozmawiać, milczeć…

Nie każda chwila musiała dokądś prowadzić.

Japończycy mają piękne pojęcie „ma”. Oznacza przestrzeń dzielącą rzeczy: ciszę pomiędzy dźwiękami, pustkę pomiędzy przedmiotami, chwilę pośród jednym zdarzeniem a następnym. Właśnie ta pozorna pustka sprawia, że możemy zobaczyć to, co znajduje się w bliskim nam „obok”.

Człowiek również potrzebuje swojego „ma”, czasu bez zadania.

Autentyczny odpoczynek wyłania się nie wtedy, kiedy przestajemy pracować, lecz gdy głowa przestaje wyprzedzać ciało. Nie wraca bez końca do wczoraj i pozbawiona jest biegu nieustannie ku jutru.
Czas przestaje być rzeką, którą koniecznie trzeba gdzieś dopłynąć i staje się wodą, nad którą można po prostu usiąść.

Dlatego tak dobrze odpoczywa się w miejscach, gdzie istnieje coś starszego od naszego pośpiechu, pierwotność założeń świata. Las nie wie, że jutro jest poniedziałek. Rzeki wodna wstęga nie przyspiesza na początku tygodnia, a słońce nie zachodzi wolniej dlatego, że komuś został jeszcze jeden ważny telefon.

Natura ma niezwykły dar odbierania powagi naszym kalendarzom.

Latem łatwiej dajemy sobie przyzwolenie na bezcelowość. Teraźniejsza jesień przypomina jednak coś jeszcze piękniejszego: odpoczynek nie powinien być porą roku. Drzewo nie walczy o każdy upadający liść, dzień spokojnie oddaje kilka godzin nocy. Rzeczywistość zwalnia nie dlatego, że przegrywa, ale w konsekwencji, że wszystko, co żywe, potrzebuje również czasu, w którym nie rośnie, bynajmniej nie kwitnie, pozbawiona przymusu, aby tłumaczyć komukolwiek po co istnieje.

Właśnie tak myślę o zaprojektowanym przez nas Siedlisku Milachowo w Rolbiku, ukrytym na polanie pośród Borów Tucholskich, nad Zbrzycą.

Rzeka płynie tam własnym rytmem bez niepokoju wartkości. Książka może pozostać otwarta na tej samej stronie, kajak cały dzień leżeć na brzegu, a przy stole można zostać długo po obiedzie, nawet kiedy rozmowa zamieniła się już w milczenie.

Wieczorem las powoli traci szczegóły, kaszubska Zbrzyca ciemnieje i nagle człowiek orientuje się, że przez ostatnią godzinę właściwie nic się nie wydarzyło.
Była to jedna z najpełniejszych i najgłębszych godzin tego dnia.

Zen przypomina, że puste naczynie jest użyteczne właśnie dzięki temu, czego w nim nie ma. Podobnie jest z naszym życiem. Nie każdą przestrzeń trzeba wypełniać…

Największym luksusem naszych czasów nie jest więc posiadanie coraz więcej.
Czasem najlepsze, co możemy zrobić ze swoim czasem, to zostawić go w spokoju.

Zanim na dobre pochłonęła mnie architektura, przez pewien czas marzyłem o projektowaniu mody. Dużo szkicowałem, komponow...
27/09/2026

Zanim na dobre pochłonęła mnie architektura, przez pewien czas marzyłem o projektowaniu mody.

Dużo szkicowałem, komponowałem ubiory. Fascynowała mnie historia sztuki, w niej słyszalny głos mody, a jeszcze bardziej codzienny świat minionych epok. Lubiłem wyobrażać sobie, jak kiedyś toczyło się życie… Za drzwiami starych domów, dworów i zamków. Jak wyglądały wnętrza, czego dotykano, tkaniny wiszące w oknach, jak wyglądały ślady powszedniości zostawiane na stołach. Mrużąc oczy przyglądałem się pracy ludzi, dla których ręce były przedłużeniem myśli, a każda wykonana rzecz bezpośrednim zapisem człowieka, który ją stworzył.

Chodziłem po muzeach, dawnych rezydencjach, które były dla mnie uchylonymi drzwiami do innego czasu. Interesowało mnie, jak powstawały, z czego je budowano, kto wykonywał ich detale i dlaczego wyglądały właśnie tak.

Jako mały chłopiec odwiedzałem z tatą budowy, doświadczając architektury oraz balansu między konstrukcją a proporcją. Instynktownie szukałem w tym wszystkim czegoś bardziej miękkiego. Lekkości, zwiewności, przycielesnej przytulności bliższej człowiekowi. Czegoś, co można niemal poczuć na własnej skórze.

Ubranie jest pierwszą architekturą człowieka najbliższą ciału, najbardziej osobistą.
Może dlatego do dzisiaj fascynuje mnie pewien bardzo niepozorny fragment Domu.

Szafa.
Otwieramy ją rano i przez kilka sekund, zupełnie nieświadomie, odpowiadamy sobie na pytanie: kim dzisiaj będę? Wisi tam marynarka, w której świetnie wyglądamy, ale nigdy nie mamy ochoty jej założyć. Koszula kupiona na okazję, która ciągle nie nadeszła, jak czerwcowa burza. Coś zbyt odważnego, nadmiar eleganckiego albo trochę za ciasnego, czego jednak nie wyrzucamy, bo może kiedyś…
Obok patrzy na nas stara bluza, flanelowa koszula, szersze spodnie, które dawno straciły fason, lecz zyskały coś znacznie ważniejszego: nasze zaufanie. Po nie ręka sięga najczęściej.
To zastanawiające, że w szafie często najlepiej ubrane są nasze wyobrażenia o sobie. Jednak najczęściej nosimy to, w czym po prostu czujemy się dobrze.

Tak trudno niektóre rzeczy wyrzucić, bo nie pozbywamy się przecież samej koszuli. Zostawiamy za sobą trochę tamtych wakacji, czyichś urodzin, pierwszego spotkania, dawnej sylwetki, jakiegoś wieczoru albo nadziei, że pewna część życia jeszcze kiedyś wróci. Szafa jest więc dziwnym archiwum.
Nie datuje wydarzeń jak kalendarz i nie podpisuje uśmiechniętych fotografii. Ona po prostu wiesza wspomnienia jedno obok drugiego, ciasno. Dlatego posprzątanie własnej szafy daje taką niezwykłą lekkość. Podejmujemy wtedy kilka małych, ale bardzo osobistych decyzji… to zostaje, tego już nie potrzebuję, w tym dobrze się czuję, tego człowieka nie muszę już udawać.

Moda zawsze mnie fascynowała również dlatego, że potrafi opowiadać o człowieku bez jednego wypowiedzianego słowa.

Włosi potrafią połączyć świetne rzemiosło z odrobiną szaleństwa, jak bryza znad Adriatyku. Gucci wpuszcza do elegancji fantazję, Dolce & Gabbana potrafi z sycylijskiej pamięci, ornamentu i koloru zrobić współczesny spektakl. Francuzi często robią odwrotnie: odejmują. Dobra marynarka, prosty sweter, kilka rzeczy zamiast kilkudziesięciu. Amerykanie dołożyli do tego wygodę, jeans, sportową swobodę i przekonanie, że strój nie powinien przeszkadzać człowiekowi w życiu.

Z domami robimy dokładnie to samo, jeden może być jak doskonale skrojony garnitur, inny zaś potrzebuje włoskiego temperamentu, kamienia, drewna, wzoru i odrobiny przekory. Jeszcze odmienny francuskiego spokoju i sztuki odejmowania.

Czasem najlepszy Dom powinien być po prostu jak ta ukochana bluza.
Nie musi każdego dnia robić na nikim wrażenia. Ma być miejscem, w którym dobrze nam ze sobą.
Człowiek nie mieszka w sesji zdjęciowej, jest u siebie np. we wtorek o 6:47 rano, kiedy szuka drugiej rękawiczki, dziecko nie może znaleźć chlebaka, pies chce wyjść, kawa stygnie. Elegancka marynarka patrzy z wieszaka i doskonale wie, że dzisiaj także nie będzie jej dzień. Dla tego wtorku projektuje się dobry Dom.

Dlatego komponując szafę, garderobę, sień czy pomieszczenie gospodarcze, nie projektujemy tylko metrów półek. Planujemy i odczytujemy zachowania, miejsce na nie i na tę osobliwą kategorię ubrań, które nie są już czyste, ale jeszcze absolutnie nie zasłużyły na pralkę, a dla których ludzkość nadal nie wymyśliła nic doskonalszego od krzesła.

Możemy zaprojektować najpiękniejszą szafę świata, ale jeżeli człowiek codziennie rzuca sweter na fotel stojący obok, być może problemem nie jest człowiek. Niewykluczone, że źle zaprojektowaliśmy szafę. Coraz bardziej fascynuje mnie właśnie taka architektura. Dom, który nie wychowuje mieszkańca do perfekcji, lecz rozumie jego niedoskonałość. Przewiduje pośpiech i zmęczenie, jako wspólnych towarzyszy.

Moda i architektura spotykają się tutaj niezwykle blisko. Obie pracują proporcją, materiałem, kolorem, fakturą i detalem. Obie mogą człowieka przebrać albo pozwolić mu być sobą.
Tylko jest między nimi jedna piękna różnica. Ubranie zdejmujemy wieczorem, Dom zostaje.

Komponujmy więc Dom z marzeń, po które naprawdę będziemy sięgać.

ODLEGŁOŚĆ DŁONIPamiętam charakterystyczny szelest, którego dzisiaj w pracowniach już nie słychać. Szorstką dłoń taty sun...
13/09/2026

ODLEGŁOŚĆ DŁONI

Pamiętam charakterystyczny szelest, którego dzisiaj w pracowniach już nie słychać. Szorstką dłoń taty sunącą po chropowatej powierzchni czerpanego papieru i szmer rapidografu. Piórko prowadzone ręką zostawiało na arkuszu kreskę, która żyła razem z jej ruchem, niekiedy nabierała ciężaru, nieraz nikła niemal do szeptu. Graficzny ślad posłuszny sile nacisku, zawahaniu i gestowi. Patrzyłem, jak powstawały profile, łuki, zakończenia belek drewnianych, zgrabność kształtu słupów, lekkość otwarcia drzwi, fason mebli. Jak zwykła linia nagle zaczynała coś znaczyć… między człowiekiem, a tym co wcześniej wymyśliła natura.

Minęły lata, a dzisiaj podobne detale rysujemy na komputerze. U styku dłoni a kreską pojawiła się mysz, klawiatura i szklany ekran. Możemy powiększyć rysunek dziesięć, sto razy, „wejść niemal do jego wnętrza”, poprawić promień o milimetr, cofnąć ruch, skopiować fragment.
Jednak im dłużej projektuję, tym częściej myślę, że najważniejszej rzeczy wcale nie udało nam się ani powiększyć, ani pomniejszyć.

Odległości dłoni.

To chyba jedna z najstarszych miar świata, starsza od metra i centymetra. Człowiek od zawsze wyznaczał rzeczy własnym ciałem: bosym krokiem, stopą wędrowca, łokciem, rozpiętością ramion, ich granicą. Lecz to dłoń była kompasem bliskości, była pierwszym narzędziem poznawania świata.

Zanim rzeczywistość zamieszka w słowach, najpierw mieści się pod opuszkami dziecięcych palców. Dłonią sprawdzamy temperaturę wody, szorstkość kory, chłód kamienia i twarz człowieka, którego kochamy. Podajemy ją na powitanie, wyciągamy, kiedy ktoś upada, kładziemy na ramieniu, kiedy słowa stają się zbyt małe.
Tą samą dłonią wskazujemy dzieciom gwiazdy, choć pomiędzy dotykiem a światłem, które widzimy, rozciąga się odległość właściwie niepojęta.

Dlatego tak fascynuje mnie myśl, że człowiek przez całe życie próbuje skracać różne odległości. Od siebie do drugiego człowieka, od teraźniejszości poprzez wspomnienia. W stronę tego, kim jest, ku temu, kim chciałby zostać. Od namacalnej rzeczywistości, aż po ledwie przeczuwane marzenia.

Architektura robi właściwie to samo.
Próbuje zmniejszyć odległość pomiędzy wyobraźnią a materią. Tam obserwujemy też narodziny detalu. Czasem jest nim niewielki frez, który zmiękcza krawędź blatu.
Mam słabość do tych kilku subtelnych, dodatkowych profili, gdzie zwyczajny kontur kawałka drewna zasługuje na odrobinę piękna. Innym razem obserwuje splot konstrukcji szachulcowej, gdzie ciężar, geometria i ornament przestają być osobnymi bytami. Dostrzegam jakby wszystkie trzy wyrastały z jednego pnia.

Pamiętam rozmowy z wykonawcami. Jedni patrzyli na rysunek i niemal natychmiast mówili: „tak, robimy”. Widziałem, że czują intuicyjnie, gdzie przyłożyć narzędzie, formowali przestrzeń. Inni pytali, zastanawiali się, szukali dodatkowego rozwiązania. Bywali też tacy, u których przez chwilę pojawiał się niepokój: czy dam radę, czy to wyjdzie, po co właściwie komplikować coś, co można zrobić prościej?
I właśnie w tej chwili rysunek przechodził z dłoni do dłoni.
Od architekta do cieśli, stolarza, kowala, cierpliwego murarza. Od człowieka, który coś sobie wyobraził, do rzemieślnika, który musi przekonać materię, żeby tę myśl przyjęła. To bardzo stary łańcuch, poruszany energią wspólnej pracy.

Mój tata przekazywał w ten sposób swoje rysunki wykonawcom. Dzisiaj ja wysyłam plik, wydruk albo fragment dokumentacji. Narzędzia się zmieniły, ale gdzieś na końcu nadal musi pojawić się twórca, który bierze drewno do ręki.

Wtedy komputer przestaje mieć znaczenie. Zostają oko, materiał i ciepła dłoń.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem zachwycić się architekturą wyłącznie sterylną. Podziwiam jej precyzję, ale po pewnym czasie zaczyna brakować mi w niej odprężającego oddechu. Idealna krawędź potrafi być piękna, lecz czasami chciałoby się ją odrobinę zmiękczyć, pozwolić światłu prześlizgnąć się po niej zamiast się od niej odbić.

- Bo gdzie w naturze właściwie jest linijka? Natura prawie nigdy nie kończy swoich dzieł ostrą kreską.
Pień nie jest idealnym walcem, kamień nie zna kąta prostego, brzeg jeziora nie został wykreślony cyrklem, a gałąź nie pyta nikogo o właściwy promień łuku. Nawet dwie strony liścia, który wydaje się idealnie symetryczny, nie są takie same, a przecież trudno naturze zarzucić brak doskonałości.

- Może więc przez lata myliliśmy doskonałość z bezbłędnością?
Być może harmonia jest takim porządkiem, który potrafi pomieścić to co wymyka się perfekcji.
Tego szukamy w detalach naszych domów. Nie chcemy poprawiać natury, bo byłoby w tym coś aroganckiego. Raczej próbujemy nie zapomnieć tego, czego ona od tysięcy lat uczy człowieka.

Architektura potrafi pamiętać dotyk dłużej niż człowiek. To, co pierwszego dnia nazwalibyśmy niedoskonałością, po latach zaczynamy nazywać historią. Być może dlatego stare domy potrafią wzruszać. Materiał przechowuje coś, czego nie widać na projekcie.

Kiedy dzisiaj patrzę na stare szkice i fotografie zrealizowanych detali, nie interesuje mnie już wyłącznie, czy wykonawca odtworzył każdy milimetr kreski. Myślę o drodze, którą ona przebyła.
W tym momencie rozumiem, czym naprawdę jest detal.
Nie dodaną ozdobą, czy też pokazem umiejętności, nie jest nawet perfekcją.

Jest zmniejszaniem odległości.
Pomiędzy myślą a materią, architektem a rzemieślnikiem, ojcem a synem, domem a człowiekiem, tym, co minęło, i tym, co dopiero nadejdzie.

Najpiękniejsze marzenia są tymi, które pewnego dnia przestają być daleko.
Znajdują się na odległość dłoni i stają się miejscem odkładania czasu.

Dom jest najcichszą formą miłości, jaką człowiek buduje.Na początku jest tylko cząstka krajobrazu, wybrana, by z czasem ...
06/09/2026

Dom jest najcichszą formą miłości, jaką człowiek buduje.

Na początku jest tylko cząstka krajobrazu, wybrana, by z czasem stać się czyimś miejscem na ziemi. Stoimy pośród traw szelestów i próbujemy wyobrazić sobie coś, co istnieje w sferze możliwości. Gdzieś tutaj przekroczymy próg intymnej codzienności. Nieco w głębi odnajdziemy miejsce kuchni, której zwyczajność nabiera własnego zapachu, ale stąd też powinno być widać ogród… Odmierzamy przestrzeń krokami przyszłych mieszkańców. Okazuje się, że stoimy w niezaistniałym jeszcze pokoju, choć jego jedynym sufitem pozostaje niebo, a pod stopami odnajdujemy wymarzoną przyszłość.

Lubię ten moment, bo nigdy później Dom nie istnieje tak bardzo w wyobraźni. Nie ma jeszcze trwałych fundamentów, ni ścian. Jest tylko nasz etyczny rdzeń życia, oś pragnień i zasad. Najpierw zamieszkuje go niewidzialny szkic dni, nie wysłuchane rozmowy, głosy poranków, które kiedyś będą tu wołać.. jesteśmy ukojeni pewnością powrotu. Dopiero póżniej człowiek obudowuje to wszystko materią i wdzięcznością. Zastanawiam się, zza którego drzewa przyjdzie światło. Gdzie dobrze będzie usiąść w cieniu, na tyle blisko siebie, by po latach wciąż mieściły się tam dwie osoby i jedna wspólna cisza.

Wiele z tych decyzji podejmujemy dla chwil, których nigdy wcześniej nie przeżyliśmy. Budowanie Domu jest więc gestem zaufania wobec przyszłości.

Sadzimy niewielkie drzewo przy tarasie, choć na jego prawdziwą słodycz owoców trzeba będzie czekać kilkanaście cykli letnich, słonecznych kąpieli. Projektujemy pokoje dzieci, wiedząc, że ich mieszkańcy któregoś dnia z nich wyrosną w kierunku własnych marzeń. Zabiorą niewidzialny bagaż dobrych wspomnień domowego ciepła. Pewność, że gdziekolwiek zaprowadzi ich życie jest miejsce, które zawsze będzie pamiętało ich pierwsze, odważne kroki.
Zostawiamy też więcej miejsca przy stole, bo gdzieś głęboko zakładamy, że życie nie będzie wyglądało zawsze tak jak dzisiaj. Ubieramy stół niekiedy w gościnność.

Budujemy nie tylko dla człowieka, którym jesteśmy teraz, ale również dla tego, którym staniemy się za dziesięć, dwadzieścia czy czterdzieści lat. Architektura, która ma trwać, nie może być odpowiedzią wyłącznie na jeden moment życia.

Potem przychodzi dzień, kiedy kończy się gwar budowy. Znikają rusztowania, milkną maszyny, ostatni wykonawcy zamykają za sobą drzwi.
W dokumentach wszystko jest skończone, ale dla Domu to właściwie dopiero początek… rodzi się miłość i pozwalamy nawet roślinom podejść bliżej ścian.
Z czasem coraz trudniej rozpoznać, gdzie kończy się projekt, a zaczyna się ciepły kształt uczuć, w objęciach naszego Domu. Słychać szept, gdy co wieczór śpiewamy najbliższym serenadę, a dłonie tak tęsknią… by w jesienny w kominku rozpalić skwar dni.

Epilog- scena kilkanaście lat później.
Pewnego dnia przed Domem zatrzymuje się samochód. Wysiada z niego dorosły człowiek ze swoimi dziećmi. Nie mieszka już tutaj od wielu lat, a jednak porusza się po Domu bez zastanowienia. Wie, gdzie odłożyć klucze, po ciemku trafi do kuchni, pamięta, które drzwi trzeba lekko docisnąć.

Pamięć o Domu rzadko przechowuje jego pełny obraz. Zostawia raczej drobiazgi, których podczas projektowania nikt nie uznałby za szczególnie ważne. Dopiero po latach okazuje się, że właśnie z takich niepozornych rzeczy człowiek zbudował w sobie obraz miejsca, z którego pochodzi.

Jego dzieci, nie wiedzą o tym jeszcze nic, bo dla nich historia tego Domu dopiero się zaczyna. Ten „sam” ogród, który dla ich rodzica jest fragmentem dzieciństwa, dla nich jest miejscem do odkrycia. To samo drzewo dziadkowie pamiętają jako niewielkie, dla wnuków zawsze będzie ogromne.

Dom potrafi przechowywać kilka czasów jednocześnie. Dla jednego człowieka jest teraźniejszością, dla drugiego wspomnieniem, a dla kolejnego dopiero początkiem.

Miejsce, które przez całe życie nazywaliśmy „naszym Domem”, dla następnego pokolenia staje się Domem rodzinnym.
To jeden z najpiękniejszych zwrotów w naszym języku. Można mieć własną rodzinę, inny adres i życie setki kilometrów dalej, a mimo wszystko powiedzieć: „jadę do Domu”.

Niewiele miejsc otrzymuje od człowieka taki przywilej.
Nie projektujemy wspomnień, ale przystanie, które powinny być ich warte.

Kiedy więc myślę, że Dom jest najcichszą formą miłości, jaką człowiek buduje, nie widzę idealnego budynku. Widzę człowieka stojącego na pustej działce, który próbuje przygotować dobre miejsce dla życia, którego jeszcze nie zna.

ARCHITEKTURA REINKARNACJIDzisiaj w saunie przestając negocjować ze światem, tylko z własnym ciałem, gdy umysł wreszcie z...
30/08/2026

ARCHITEKTURA REINKARNACJI

Dzisiaj w saunie przestając negocjować ze światem, tylko z własnym ciałem, gdy umysł wreszcie zamilkł… zobaczyłem za szybą małe skrzydlate stworzenie. Wznosiło się nad akacjami, po chwili opadało pomiędzy gałęzie, znikało i wracało. Patrzyłem na nie przez rozgrzane powietrze i pomyślałem: kim jesteś?

Nie pytałem:
- Jakim gatunkiem Cię zrodzono, czy też dokąd lecisz.

Człowiek od zawsze zazdrości ptakom wolności, widzimy skrzydła i myślimy, mogą wszystko. Piąć się ponad płot, dach, piaszczystą drogę, granicę działki, ponad wszystkie nasze starannie narysowane linie.
Sam nieraz śniłem, że potrafię latać, było w tej krainie niezwykłe poczucie wolności, jakby grawitacja była nie tylko prawem fizycznym, ale również jakąś umową ze światem, którą na kilka godzin wolno mi było zerwać. Tymczasem ptak nie może być niczym innym niż tylko pierzastym śpiewakiem. Nie wybiera swoich skrzydeł, głodu, cierpkiej zimy, kierunku wiatru ani drzewa, na którym przyjdzie mu przeczekać najbliższą noc. Nie opowie nikomu czego się boi, dlaczego dostał skrzydlate wachlarze, a nie ręce. Powierzono mu jego postać, tak jak my dostaliśmy swoją.

I wtedy przyszło pytanie jeszcze bardziej nierozsądne.

- Kim był wcześniej?

Nie wiem, czy wierzę w reinkarnację. Ale coraz mocniej wierzę, że świat jest zbudowany z kolejnych wcieleń.

Woda, którą dzisiaj czerpiemy, nie jest nowym źródłem. Była chmurą, milczącą rzeką, lodem, deszczem, krwią i morzem. Ogień nie posiada własnego ciała, istnieje tylko wtedy, gdy przejmuje fizyczność czegoś dookoła. Wiatr jest powietrzem, które właśnie postanowiło się poruszyć. Ziemia nosi w sobie szczątki światów, których już dawno nie ma. Drzewo zakorzenia swoje „ciało” z wody, światła i minerałów, aby któregoś dnia runąć, zgnić albo stać się belką podtrzymującą dach nad człowiekiem, który nigdy tego leśnego samotnika nie poznał.

Materia nie zna śmierci takiej, jaką zna człowiek, ona nosi w sobie przemianę.

Dlatego architektura jest jedną z najbardziej niezwykłych form reinkarnacji, jakie stworzyliśmy. Nie wiem, czy dusza rzeczywiście wędruje pomiędzy formami, jak wierzą niektóre religie i tradycje filozoficzne. Chrześcijaństwo odpowiada na to inaczej niż hinduizm czy buddyzm, jeszcze inaczej mówiłby filozof, biolog albo fizyk. Nie chciałem jednak rozstrzygać wielkiego sporu religii i nauki przy saunowym oknie.

Pytanie wprost z prozy mej pracy, brzmi:
- Czym właściwie jest Dom?

Nie pozostaje wszakże tylko budynkiem, ale jest chwilowym porządkiem materii.
Na pewien czas zatrzymujemy w nim kamień, drewna dotyk, gliny ukojenie, metal, szkło, światło i powietrze w jednej konfiguracji i mówimy: to jest mój Dom.

Jak niezwykle odważne jest to zdanie, „Mój”… !

Kamień istniał miliony lat przed nami, drzewo nabierało sił każdego roku, zanim ktokolwiek narysował fundament. Piasek tworzący szkło nie wiedział, że kiedyś stanie się oknem z firankami słońcem plecionymi, żelazo nie wiedziało, że będzie gwoździem. Człowiek zbiera te rozproszone fragmenty świata, nadaje im geometrię i przez kilkadziesiąt lat zachowuje się tak, jakby do niego należały.

Nie mieszczą się w nas, zostały nam tylko powierzone.
Architektura nie jest więc sztuką posiadania cielesności materii.
Jest sztuką chwilowego jej zatrzymania.

I tutaj zaczyna się rzecz znacznie większa, bo rodzi się na nowo nie tylko istota.
Reinkarnuje wraz z nami idea Domu.
Budzimy się do życia w określonym miejscu, czasie, rodzinie, języku. Dostajemy ciało, którego nie wybieraliśmy, krajobraz pierwszego dzieciństwa, pamięć innych ludzi, historię, kulturowy mundurek. Potem przez całe życie próbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, ile w tym wszystkim jest przeznaczenia, ile przypadku, a ile nas samych.

To właśnie jest rodzenie się na nowo, nie tyle co powrót formy, ale powrót sensu w nowym ciele. I być może największym błędem współczesnej architektury jest przekonanie, że aby być nowoczesną, musi zerwać z tym, czym była wcześniej.
Architektura bez pamięci może być efektowna, ale pozostaje „sierotą”.

Istnieje jeszcze drugie wcielenie, znacznie bardziej tajemnicze.

To nie my przyoblekamy krajobraz w architekturę.
Architektura reinkarnuje nas samych.
Może więc projektowanie nie jest tworzeniem z niczego, ale bywa kolejnym wcieleniem, a formy umierają szybciej niż potrzeby.
A my jesteśmy ich opiekunami, tutaj, teraz, na chwilkę…
Mądrze budujmy dla siebie i świata ten jeden powierzony nam „gest”.
Nic nie powraca dokładnie takie samo, a jednak zadziwiająco niewiele naprawę odchodzi.

Dziś zapraszam na krótki spacer po naszych projektach z ostatnich miesięcy. Śladem werand, oranżerii i miejsc, w których...
23/08/2026

Dziś zapraszam na krótki spacer po naszych projektach z ostatnich miesięcy. Śladem werand, oranżerii i miejsc, w których Dom próbuje być trochę bliżej życia na zewnątrz.

O pokoju, który chciał być ogrodem.

Kiedy lato jest jeszcze obecne, choć już nie tak pewne siebie, zaczynamy zauważać rzeczy, na które kilka tygodni wcześniej zwyczajnie nie zwracaliśmy uwagi. Wieczory odbierają dniom po kilka minut światła. Wędrując wśród zieleni trzeba już narzucić coś na ramiona. Drzwi prowadzące do ogrodu coraz rzadziej pozostają otwarte do późna. Rabaty wciąż są pełne zieleni, ale gdzieś pomiędzy chłodniejszym oddechem lata granica domu i ogrodu zaczyna znów dawać o sobie znać.

Wtedy mamy ochotę zatrzymać to wszystko choć trochę dłużej i poczuć bliżej. Ciepło nagrzanych słońcem ścian, światło drżące na liściach, zapach roślin i tę prostą możliwość wyjścia z Domu w bliskie objęcia zieleni. Nie żegnać się z latem tylko dlatego, że zmieniła się kartka w kalendarzu.

W tym pragnieniu należy szukać opowieści o początku miejsc, które dziś nazywamy oranżeriami, przeszklonymi werandami i ogrodami zimowymi.
Ich historia zaczęła się jednak nie od człowieka, lecz od roślin… W europejskich rezydencjach wznoszono „ogrody skryte za szybami”, aby ochronić przed zimą cytrusy i egzotyczne gatunki przywożone z cieplejszych części świata. Za wielkimi przeszkleniami próbowano stworzyć dla nich własny, łagodniejszy klimat, schować na później trochę słońca, nie pozwolić ciepłu wymknąć się z Domu. Ocalić to, czego za chwilę zabraknie na zewnątrz… i w nas.

Z czasem wydarzyło się jednak coś ciekawego.

Pomiędzy donicami i zielenią zaczęły pojawiać się krzesła, ławki i niewielkie stoliki. Miejsca stworzone dla zielonych mieszkańców ogrodu okazały się niezwykle przyjemne również dla ludzi. Zaczęto w nich czytać, rozmawiać o zwyczajności małych spraw odmierzanej światłem i deszczem oraz o nieustanności zmian za oknem. Można też ogrzać dłonie o filiżankę, kiedy za szkłem ogród powoli stygnie, przyjmować gości i sączyć długie popołudnia. Przydomowy ogród, który początkowo miał jedynie przetrwać zimę „pod kloszem” powoli stawał się częścią codziennego życia Domu.

Wyobraźmy sobie…
Siadając przy stole podczas ulewy można słuchać deszczu uderzającego o szklany dach. W chłodny lutowy dzień znaleźć miejsce ogrzane pierwszym niskim promieniem. Jesienią pozostając w cieple obserwować wiatr w ogrodzie, nie słysząc jego kroków. Latem otworzyć szeroko drzwi i pozwolić, żeby zapach traw, kwiatów i miękkie powietrze weszło do środka.

Dlatego ogród zimowy tak trudno jednoznacznie nazwać pokojem.
Ta przestrzeń mówi nam:
Jestem miejscem, które nie należy ani do Domu, ani do ogrodu. Należę do chwil pomiędzy.

Dzisiaj może stać się świetlistym przedłużeniem salonu, jadalnią, biblioteką, pracownią albo po prostu zacisznym wnętrzem, którego funkcji nie trzeba do końca nazwać
Nie musi wyglądać w jeden określony sposób.
Lekka konstrukcja ze szkła i metalu, otulona detalem może niemal rozpłynąć się na tle starej ceglanej czy kamiennej ściany. Drewniana weranda może sprawiać wrażenie, jakby była z nami od początku.

Piękno szkła jest tutaj tylko źródłem.
Największą wartością oranżerii jest możliwość pozostania trochę dłużej w ogrodzie. Także wtedy, kiedy pogoda mówi, że pora już wracać do Domu.

Adres

Chojnice
89-620

Telefon

+48792055504

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Archideo - Pracownia Architektoniczna opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Firmę

Wyślij wiadomość do Archideo - Pracownia Architektoniczna:

Skróty

Udostępnij