24/01/2016
Paweł Caniboł i Sandra Sprysz postanowili podzielić się swoim wypadem do Estoni i Finlandii. Dostaliśmy od nich zdjęcia i dokładny opis tego, jak się tam dostali. Jeżeli ktoś chce ruszyć pierwszy raz na północ to tekst Pawła i Sandry może okazać się bardzo pomocny.
Estonia, Finlandia.
Dwa miesiące temu odbyliśmy fascynującą podróż na północ Europy. Zwiedziliśmy stolicę Estonii (Tallinn) oraz niezwykle ciekawą wyspę należącą do Finlandii. Oczywiście wpadliśmy też na parę godzin do Helsinek (stolicy Finlandii).
Naszym głównym środkiem transportu były autokary. Wyruszyliśmy z Katowic (Dworzec PKS) późnym wieczorem i po paru godzinach byliśmy już w Warszawie. Tu czekała nas pierwsza przesiadka, gdyż wysiedliśmy na przystanku Dworzec Autobusowy Metro Wilanowska, a właściwy autokar (jak wcześniej, tak i tym razem przewoźnikiem był Polski Bus) odjeżdżał z Dworca Autobusowego Metro Młociny – zatem metro i półgodzinna droga na drugi koniec stolicy. Tam już czekał na nas Polski Bus do Tallina (przejazd przez Białystok, Wilno, Rygę).
Po około dwudziestu godzinach w podróży, o ok. 12 w nocy, wysiedliśmy w Tallinie. Do odprawy promowej mieliśmy jeszcze 6 godzin. Spacerkiem, po drodze podziwiając stare miasto, dotarliśmy do Tallinna Sadam Port (terminal B), skąd opływał prom do Helsinek. Rejs trwał około dwóch godzin (Linią Silja Line), a po tym czasie weszliśmy już na stały ląd w stolicy Finlandii. Nie marnowaliśmy czasu, tym bardziej, że czekał nas jeszcze jeden rejs - punkt docelowy naszej wyprawy – Twierdza Suomenlinna znajdująca się na obszarze sześciu wysp helsińskich. Zatem szybki ‘tour’ po Helsinkach i w dalszą drogę! Tu poszliśmy ‘na żywioł’, gdyż nie mieliśmy zarezerwowanych biletów. Jednak małe promy (notabene wyprodukowane w Polskiej stoczni w Gdyni) odpływały co godzinę z Placu Targowego w Helsinkach (Kauppatori).Po krótkiej zabawie w geocaching oraz sesji zdjęciowej, byliśmy już na pokładzie promu (swoją drogą można było w ogóle nie kupować biletów – bramek nikt nie pilnował, a ludzie, tworząc spore zamieszanie, wchodzili na pokład zwartą grupą).
Po dotarciu na wyspę, daliśmy sobie czas wolny aż do wieczora. Wykorzystaliśmy go do spacerowania i podziwiania pięknych nadmorskich widoków i pozostałości po wspomnianej wcześniej twierdzy.
Do Tallinna wróciliśmy tymi samymi środkami transportu. Tam też dane nam było spędzić wreszcie noc w ‘normalnych’ warunkach. Postanowiliśmy zabookować wyłącznie jeden nocleg (na całą wyprawę) – w schronisku młodzieżowym United Backpackers Hostel. Zarezerwowaliśmy sobie dwuosobowy pokój. Zależało nam głównie na kąpieli i możliwości skorzystania z kuchni (o nocy wreszcie spędzonej w łóżku nie wspominając). Wszelkie braki we śnie postanowiliśmy nadrabiać w czasie drogi (czy w autokarze, czy na promie).
Zawsze ciągnęło nas coś niecodziennego. Ludzie zwykle podróżują do ciepłych krajów (do Grecji, Chorwacji, Italii itp.). My postanowiliśmy zaznać czegoś bardziej nietypowego. Estonia i Finlandia… Tak, zwłaszcza mnie ciągnęło w tamte rejony, a to dziwne, bo nie znoszę zimna!
Jako, że bilety do stolicy Estonii kupiliśmy spontanicznie (trafiła się po prostu ‘tania pula’ i kupiliśmy w ciemno) i bez żadnego wcześniej przemyślenia na długo przed samym wyjazdem. Jakoś niespecjalnie paliło nam się do sprawdzania poszczególnych cen, czy nawet samych atrakcji turystycznych. Po prostu perspektywa tego wyjazdu była tak odległa, że nie weszła w naszą świadomość. Dopiero po dłuższym czasie zaczęliśmy mniej więcej przeglądać strony internetowe i sporządzać listy ‘must see’ w Tallinnie. To był początkowo nasz punkt docelowy. Niestety uświadomiliśmy sobie, że jeden dzień (a właściwie jedna noc) będzie wystarczający do zwiedzenia tego, co tam najciekawsze. Trochę przykro się zrobiło, gdyż sama jazda autokarem miała zająć nam więcej czasu, niż zwiedzanie. Wpadłem więc na pomysł, że skoro to tak blisko półwyspu Skandynawskiego, to czemu by nie zahaczyć o Finlandię… Zatem szybki look w Internet i już mieliśmy bilety do Helsinek. Tu już zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że impreza się rozkręca, a podróż nabiera pokaźnych rozmiarów. Jednak samo miasto nas nadal nie satysfakcjonowało. Potrzebowaliśmy prawdziwej, dzikiej przyrody Skandynawii. Natrafiliśmy na opis wyspy z ruinami twierdzy należącej do UNESCO. To było coś w sam raz dla nas (wystarczy obejrzeć zdjęcia – widoki przepiękne!)
Praktycznie całą podróż zaplanowaliśmy (a jakże!) za pomocną internetu. Korzystaliśmy przede wszystkim ze strony e-podroznik.pl . Za jej pomocą wyszukiwaliśmy najtańszych noclegów i środków transportu (przede wszystkim promów Tallinn Helsinki). Bilety rezerwowaliśmy albo na stronie polskibus.com, albo za pośrednictwem stron kolejnych przewoźników (tallink.com).
Całość wyprawy (nocleg, podróż, wyżywienie itp.) to w naszym wypadku koszt ok. 350zł (w przeliczeniu na jedną osobę). Możliwe to tylko dlatego, że szczęśliwym trafem udało nam się kupić bilety relacji Warszawa Tallinn w cenie 60zł (aktualna cena to 280zł). Do samej Warszawy kupiliśmy bilety już po regularnych cenach i ten odcinek podróży kosztował nas nieco więcej, bo ok. 80zł. Podróż promem (Tallinn Helsinki) to koszt rzędu 120zł. Do tego doliczyć trzeba prom na wyspę helsińską – 20zł. Koszt noclegu to 60zł (zarezerwowaliśmy za pośrednictwem unitedbackpackers.ee). Przejazd metrem w Warszawie to koszt bodajże 3,5 zł.
Jako, że zależało nam na oszczędności, postanowiliśmy prowiant na te parę dni zabrać ze sobą i nie stołować się na miejscu w restauracjach czy fastfoodach. Ma to sporo plusów, bo poza zaoszczędzeniem paru groszy, oszczędzamy też czas na poszukiwanie lokali gastronomicznych itp. Minusem jest fakt, że wszystko niestety nosimy ze sobą na plecach. Jednak nie wliczam wyżywienia w koszta podróży (wiadomo, zupki chińskie, kanapki z nutellą i konserwy turystyczne). Skusiliśmy się jednak na kebab w drodze powrotnej podczas przystanku w Rydze (nie polecam tego typu zagrywek jeśli mamy jeszcze w perspektywie 17 godzin podróży). Kosztował bodajże 3euro.
Jeśli chodzi o ekwipunek, to przede wszystkim przydały się ciepłe ubrania. Nieznośnie mroźny wiatr wiał praktycznie bez przerwy (w końcu to nadmorskie miasta). Nie ukrywam, że ubrani byliśmy przede wszystkim w ubrania polskiej marki HiMountain. Oprócz tego w naszym plecaku znalazło się naprawdę niewiele rzeczy. Głównie był to prowiant, a oprócz tego śpiwory (nie mieliśmy pojęcia gdzie i w jakich warunkach przyjdzie nam spać), tablet (dla rozrywki w czasie podróży i do sprawdzania na miejscu różnych informacji), aparat fotograficzny, dokumenty (paszport nie był wymagany na żadnym przejściu granicznym – Schengen), bieliznę i… tyle! Naprawdę nie trzeba niczego więcej, dlatego też nie mieliśmy niczego, co nie byłoby potrzebne!
Paweł Caniboł i Sandra Sprysz