13/05/2026
Tak sprzedają „przyjaciele” z Chin.
Chiński producent pomp ciepła sam napisał do mnie z ofertą wejścia na polski rynek. Klasyczny początek: mamy CE, SGS, TÜV, UL, AHRI, sprzedajemy do Niemiec, Hiszpanii i USA, więc z Polską nie będzie żadnego problemu.
Poprosiłem o dokumenty.
Najlepsza odpowiedź padła wtedy, gdy zapytałem o legalność i zgodność dokumentacji. Producent odpisał, że nie chodzi o legalność ani zgodność z przepisami, tylko o dokumenty potrzebne do odbioru towaru w porcie.
I to jest sedno problemu.
Dla nich CE to papier do kontenera. Dla rynku UE CE oznacza odpowiedzialność prawną za konkretny wyrób.
Otrzymana deklaracja nie jest wystarczająca do bezpiecznego wprowadzenia produktu do obrotu w Polsce. Nie wskazuje upoważnionego przedstawiciela w UE ani innego realnego podmiotu w Unii, który przejmuje odpowiedzialność za dokumentację, zgodność, kontakt z organami nadzoru rynku i działania naprawcze.
A to oznacza jedno: jeżeli polska firma kupi taki produkt bezpośrednio z Chin i sprzeda go dalej, to nie jest tylko „sprzedawcą”. W praktyce bierze na siebie pełną odpowiedzialność za wyrób, jego dokumentację, oznakowanie, instrukcje, etykiety, zgodność z wymaganiami oraz ryzyko nielegalnego wprowadzenia produktu do obrotu.
W przypadku pompy ciepła na R290 problem jest jeszcze poważniejszy.
R290 to propan, czyli czynnik palny. Taka p***a ciepła nie jest zwykłym pudełkiem z naklejką CE. To urządzenie z układem ciśnieniowym, sprężarką, wentylatorem, automatyką, elementami ruchomymi i realnym ryzykiem pożarowo-wybuchowym.
Tymczasem w otrzymanym pakiecie zabrakło kluczowych odniesień, które powinny być analizowane przy takim wyrobie: PED dla urządzeń ciśnieniowych, dyrektywy maszynowej oraz pełnej dokumentacji związanej z ekoprojektem i etykietowaniem energetycznym dla konkretnego modelu.
Zamiast tego dostałem garść papierów nazwanych „certyfikatem CE”.
Tylko że CE nie jest certyfikatem. CE nie jest dyplomem od laboratorium. CE nie jest PDF-em do odprawy celnej.
CE to deklaracja odpowiedzialności za to, że konkretny wyrób spełnia konkretne wymagania prawa.
I właśnie dlatego hasło „mamy CE” nie znaczy nic, dopóki nie sprawdzimy, co naprawdę jest w dokumentach.
Bo potem klient końcowy słyszy: przecież p***a miała certyfikaty.
Nie. Ona miała PDF-y.
Uważajcie na takie produkty. A jeżeli już chcecie kupować z chin zapraszam do współpracy. Pomogę ocenić dokumenty, określić potrzebne ewentualne dodatkowe badania oraz przygotować niezbędną dokumentację oceny zgodności do bezpiecznego i legalnego wprowadzania produktów na Polski rynek.